Nie udało nam się…

Po 15 latach uczenia jogi dopadł mnie kryzys… Mniej uczniów na zajęciach, mniej zajęć i mniej chęci do ich prowadzenia… Na początku myślałam, że chodzi o jogę. Krótko mówiąc, coś się skończyło, wypaliło, może była to tylko długotrwała ale mająca swój kres fascynacja?  Prawie cały rok zajęło mi dostrzeżenie, że mój kryzys nie ma nic z tym  wspólnego.

Zgubiłam się…

Tak jak dwadzieścia lat temu zgubiłam się w świecie artystycznym…

Pierwsze moje zajęcia jogi odbywały się w schludnej sali spółdzielni mieszkaniowej, gdzieś w środku sopockiego osiedla. Szukałam długo lekko zdenerwowana, by się nie spóźnić i tym samym nie okazać braku szacunku. Nie miałam ani swojej maty ani  paska. Pierwszą zakupiłam po 8 miesiącach praktyki. Ćwiczyłam w styranych i rozwleczonych od tańca dresach i choć starałam się by były dobranie kolorystycznie to daleko im było do trendów mody. Najbardziej z tych zajęć pamiętam prostotę i trafność poleceń, które sprawiały, że moje ciało i umysł wracają na swoje miejsce. Poczułam spójność i harmonię tego co jeszcze przed chwilą było rozklekotane i porozrzucane gdzieś daleko ode mnie samej. Małe kawałki mnie wracały do mnie. I wówczas poczułam dlaczego ci wszyscy jogini, o których czytałam u Junga czy Eliadego, się tak wyginają, umartwiają, realizują… I to, że wystarczy kawałek podłogi (nawet nie musi być maty byleby się nie ślizgać), stary ciuch i praca, która przynosi efekty, kupiło mnie na długie lata i spowodowało, że chciałam uczyć innych, by również mogli doświadczyć tego co ja. Zapisałam się na kurs nauczycielski, choć nie było mnie na niego stać. Dostałam się, a moja nauczycielka zaproponowała mi darmowy udział w jej lekcjach, bym finansowo mogła skupić się na kursie. Nie było mowy bym mogła robić dwie rzeczy w jednym czasie. Po trzech latach i z dużym trudem organizacyjno-finansowym oraz ogromnym wsparciem kilku moich trójmiejskich współjoginek uczestniczących w tym samym kursie, zdałam ostatni egzamin. W tym samym czasie joga stała się bardziej popularna, więc sale zaczęły się zapełniać, a ja miałam poczucie sensu całego trudu. Mogłam robić to co lubię i nie martwić się za co kupię bułki, czy buty. Cieszyłam się więc z popularności jogi bo wiedziałam, że wszystkim nam jest ona potrzebna.

Dziś wszystko wygląda inaczej…

I wypadałoby cieszyć się ale…

fot. Maciej Wasilewski

fot. Maciej Wasilewski

Wraz ze wzrostem popularności ujawniły się pęknięcia, które pewnie istniały wcześniej ale trudno je było dostrzec. Schowane były za skromnymi i ukrytymi salami i nauczycielami, starymi ubraniami i wytartymi od częstego zaglądania książkami.

To co spowodowało mój kryzys, o którym piszę na początku tekstu to fakt iż, jako środowisko jogiczne nie poradziliśmy sobie z tą popularnością i jej konsekwencjami. Nie umiemy połączyć obecnych praw rynku z jamami i nijamami. Nie umiemy oprzeć się pokusie rywalizacji, zabiegania o klienta (już nie ucznia, który szuka wsparcia). Nie umiemy jako nauczyciele pozostać w skromności i duchowym ukryciu. Wystawiamy siebie i naszych uczniów na publiczne fora zapominając o potrzebie intymności w praktyce i własnych zmaganiach. Zapomnieliśmy, że uczymy jogi czyli  powstrzymywania poruszeń (rozchełstanego) umysłu… przede wszystkim własnego. A sami dobrze wiemy, że nic tak nie działa na innych jak własna praktyka i jej spójność odzwierciedlona w życiu zewnętrznym…

I mam takie życzenie…

By w ferworze walki o… (cokolwiek) pójść za radą Bhagawatgity – „przeto niech pisma ci wskażą, co czynić, czego nie czynić”.

Więc trzymam za nas kciuki, bo błędy to część naszej praktyki…