Słów kilka o śmierci… Anna Haracz

zimaUrodziliśmy się jakiś czas temu. Mija rok za rokiem. Zajęci jesteśmy życiem i wszystkim co jest związane by przetrwać i, może czasem, dobrze się w tym życiu bawić. Rzadko zauważamy, czy pozwalamy sobie na refleksję, że wszystko mija, że skoro się urodziliśmy to na pewno umrzemy. Takim refleksjom nie sprzyja dziś kult młodości, mocno rozwinięta medycyna kosmetyczna i sama medycyna. Znany nam świat robi wszystko by ukrywać, że ciało może chorować, starzeć się, i kiedyś umrzeć. Codzienny makijaż, zabiegi, czy operacje plastyczne, witaminy, suplementy mają sprawić, że wyglądamy i czujemy się lepiej. Lepiej czyli  młodziej. A jeśli jesteśmy młodzi to do śmierci nam jeszcze daleko.

Kiedy byłam dzieckiem pamiętam, iż po śmierci ciało osoby zmarłej leżało w domu przez 2-3 dni. Pozwalało to oswoić się z ich śmiercią i mieć czas na pożegnanie. Rodzina, sąsiedzi, bliżsi i dalsi znajomi, nie wyłączając dzieci,  przychodzili choć na chwilę by pożegnać zmarłego i  wesprzeć rodzinę. Trumna była zamykana tuż przed przeniesieniem na cmentarz. Kondukt żałobny szedł przez miasto zatrzymując ruch uliczny i zwracając mieszkańcom uwagę, że śmierć jest częścią życia. Po pogrzebie jeszcze tydzień trwały rozmowy i odwiedziny osób składających kondolencję. Po kilku tygodniach rany pomału się goiły… Wszystko działo się jawnie, w obrębie rodziny i zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami ze zmarłym.

Obecnie chorujemy i umieramy w szpitalach. Rzadko kto pyta nas o to w jaki sposób chcemy być traktowani, leczeni. W najlepszym przypadku jesteśmy informowani. Traktuje się nas jak bezmyślne istoty, za które trzeba podjąć decyzje, ponieważ te nie mają pojęcia o tym co się dzieje. I choć bardzo często czujemy ( w końcu to nasze ciało),  co jest dla nas dobre a co nie, wobec wszechwiedzącego autorytetu lekarza milkniemy i poddajemy się. Pozwalamy sobie na sztuczne rurki, okablowanie, przeszczepy, przekraczające granice naszej intymności zachowania lekarzy i pielęgniarek. Niby w imię naszego dobra. Bliscy nie mają czasu się nami zająć więc bezsilność i lęk przed śmiercią powoduje, iż pozwalamy na zmedykalizowanie naturalnych praw i procesów życia i umierania.

Z rozmów z osobami starszymi mogłam wywnioskować, iż oni doskonale wiedzą kiedy mniej więcej odejdą.  Wiedzą, też jak i gdzie chcą umrzeć, gdzie i jak zostać pochowanymi. Ale nikt ich o to nie pyta. Zasłona milczenia kulturowej zasady, że o śmierci się nie rozmawia, pozostawia czarną dziurę w komunikacji, która nie sprzyja leczeniu ran spowodowanych chorobą, czy nadchodzącą śmiercią.

Wyspecjalizowane otoczenie i nieświadomi bliscy za wszelką cenę chcą podtrzymywać życie choć czasem jego właściciel chciałby już odejść… Ale tego nie wiemy, nie mamy odwagi zapytać, nie słuchamy. Wysłuchanie byłoby jednoznaczne z akceptacją śmierci a tego przecież nam nie wolno.

Całkowicie oddaliśmy władze nad swoim ciałem stylistom, kosmetyczkom, trenerom fitness, lekarzom. Z jednej strony daleko posunięta wiedza na temat człowieka w każdym jego aspekcie ma nam pomagać lepiej żyć. Z drugiej strony ilość wiedzy jaką musimy posiąść by choćby być zdrowym jest tak ogromna, że w natłoku innych obowiązków wolimy oddać się w ręce specjalisty. Nasze ciało jest ciałem obcym. Mimo to nie chcemy by było zmęczone, by się starzało, by umarło. I choć tak na prawdę niewielu z nas chce żyć wiecznie to ciągle o tą wieczność walczymy.

Anna Haracz

Bibliografia:

Philippe Aries, Śmierć odwrócona, [w:] Antropologia śmierci. Myśl francuska”, wyboru dokonali i przełożyli Stanisław Cichowicz i Jakub M. Godzimirski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1993, ss. 227-283.